Jeśli jeszcze raz Ktoś Mądry spróbuje westchnąć do Ducha Św, czytaj subtelnym sarkastycznym tonem wmówić mi, że praca, którą wykonuję na co dzień nalezy do tych łatwych, prostych, niekłopotliwych i cudownie odseparowanych od brutalnych problemów codzienności, obiecuję, wezmę siekierę i obetnę jaja. Tudzież jajniki. Zjem sobie na deser móżdżek. A z osłonek jelit zrobię kiełbasę. Do chu.. pana wpierd..lać się w cudze znoje to tupet, oznaka własnego niezadowolenia, i słabości, i tchórzostwa.
Osobiście niczego nie żałuję. Tak, uwielbiam sobie pokląć, pomarzyć o wódce i fajce słodkiej jak chwilowe jebnięcie tym stanem zmęczenia, aby za chwilę mimo wszystko wrócić do swego. Mego. Wybranego.
Ludzie tyle się znają, co im pokręci i rozkręci synapsy w głowie. Dlatego ostatni raz denerwuję się, staram, odpowiadam i za cokolwiek szukam w siebie winy. Obiecuję. Jestem zbyt dobra, zbyt uczciwa i zbyt przekonana, że co mnie spotyka-to wynik moich wyborów, za które nie można obarczać innych. Polecam szczerze nauczyć się tego innym, amen.
I obiecuję już nigdy nie odmawiać sobie dobrego ciasta. Dietę to się ma jak się robi po 12 godzin na dobę. A resztę życia należy oddać rozpuście.
Kocham Cię Życię!
proszę-o-cenzurę
środa, 16 listopada 2016
czwartek, 3 listopada 2016
xxx
Łał. Szczęście nie jest ulotne. Nie jest powierzchowne. Jest łagodne w swej rozbrajającej energii i głębokie w tej cichości przeżywania. Jeśli każdy może traktować swoje szczęście w inny sposób, to moje jest konkretne, docelowe, lecznicze, wycelowane w środek. Poznane i wiadome jak złoty środek, jak składnik numer jeden, jak życie, z tchem zaczerpniętym pełną piersią. Wyciskam sobie sok z własnego istnienia i śmieję się do lustra nosząc najbardziej kiczowate okulary świata. Z łatwością, lekko, witam-siebie, i Ciebie. :-) gdy doświadczam Cię- wygrywam, w walce słabości, żmudnej bezsilnej pracy, potykania się o własne stopy, wyczerpania i niechęci. Dzięki, Boże. Amen.
sobota, 15 października 2016
wytęż wzrok.
Przechodzenie przez trudności i zamykanie za sobą pewnych etapów w swoim życiu ma to do siebie, że uszlachetnia i przeobraża dotychczasowe przywileje, ale i pomaga dostrzec kolejne cele. W takim pogorzelisku doświadczeń przekopuje się niektóre uczucia i emocje i .. nie chodzi o to, by oszukiwać ideały przeszłości, a tym bardziej- krzywdzić drugiego człowieka, ... życie staje się wędrówką przez kolejne mosty, i dopóki nie przejdziesz przez jedną kładkę- nie zaobserwujesz widoku jaki wychyla się zza tej drugiej strony.
Jestem półgłówkiem, wielkim tchórzem, naiwną istotą skłonną do wielkich abstrakcyjnych marzeń, jestem. Mam sobie do zarzucenia mnóstwo rzeczy. Ale na pewno nie to, że mi się nie chce. Chce mi się i uważam, że ten zaprogramowany u mnie system działania, poganiacz szturmujący od wnętrza moje myśli, jest cudownym narzędziem od Tego, który wciąż, gdzieś w górze, mimo moich okropnych nieobecności i odmowy do współpracy- "dziwnym" sposobem wciąż mnie wspiera.
Czuję już, że z kolejnych lat wycisnąć trzeba konkretne cele. Wystarczy tej kruchości mojego siedliska, pora uwić sobie gniazdko i zrobić to tak, by codzienna praca była kooperatywna z planami budowy cudownego dachu nad głową. Moja rezydentura na tym padole trwa już trochę, a z chwilą rozpoczęcia intensywnej pracy należy wyciskać dla swych czterech kątów te siły i wzmacniać je zaobserwowanymi owocami.
Trudno. Jak widać marzeniami żyć się nie da, ale da się ograniczyć te sny na tyle, by wciąż być zadowolonym i na takim poziomie na jakim się da-wyławiać kolejne rybki z tego wciąż pełnego oceanu możliwości.
Jestem półgłówkiem, wielkim tchórzem, naiwną istotą skłonną do wielkich abstrakcyjnych marzeń, jestem. Mam sobie do zarzucenia mnóstwo rzeczy. Ale na pewno nie to, że mi się nie chce. Chce mi się i uważam, że ten zaprogramowany u mnie system działania, poganiacz szturmujący od wnętrza moje myśli, jest cudownym narzędziem od Tego, który wciąż, gdzieś w górze, mimo moich okropnych nieobecności i odmowy do współpracy- "dziwnym" sposobem wciąż mnie wspiera.
Czuję już, że z kolejnych lat wycisnąć trzeba konkretne cele. Wystarczy tej kruchości mojego siedliska, pora uwić sobie gniazdko i zrobić to tak, by codzienna praca była kooperatywna z planami budowy cudownego dachu nad głową. Moja rezydentura na tym padole trwa już trochę, a z chwilą rozpoczęcia intensywnej pracy należy wyciskać dla swych czterech kątów te siły i wzmacniać je zaobserwowanymi owocami.
Trudno. Jak widać marzeniami żyć się nie da, ale da się ograniczyć te sny na tyle, by wciąż być zadowolonym i na takim poziomie na jakim się da-wyławiać kolejne rybki z tego wciąż pełnego oceanu możliwości.
poniedziałek, 19 września 2016
Nie rozumiesz?..
Zupełnie malutko nas jest. Przy sobie, jesteś jak wycieczka. Jak podmuch wiatru, który zaraz zmieni kierunek. Tak wyczekany i tak przemijający. Wystraszyłeś wszystkie moje plany na resztę obrotów ziemi, zjawiłeś się jak ten wulkan, który buchnął niczym przeraźliwy krzyk małego dziecka, znikąd. Zatrzymałeś mnie w tym urywku sekundy, która powinna trwać wiecznie. Jakże ciepło, które zostawiłeś mi na policzku, szybko wysycha... Niczym śnieg udeptywany ciepłymi stopami. Rany, pamiętasz? Zimę? Wiosnę? Lato... Te tak wyczekiwane momenty są już daleko za percepcją pamięci. Wylatujesz mi z tej klatki wspomnień. Zatracasz się w worku swojego życia. A ja nadal zerkam zbłąkanym wzrokiem po tym wszystkim, co było. Było. Było tak. Skojarzyłam Cię z rzeką górską. Rześką i prującą w nieznane. Zbyt szybko, by ją uzbierać, wyciągnąć; za szybką, by w nią wskoczyć i dogonić tempo. Jak Cię mogę polubić? Jak zmieścić Cię w mej głowie? Nie rozumiesz...?
środa, 14 września 2016
zmiany zacząć od siebie
Myślę, że dramat przeistaczania się dotyczący mierzenia sił w nowych sytuacjach z nowymi ludźmi daje nam jedyny kierunek konstruktywnego myślenia o samym sobie. Bo dochodzimy do wniosku, ze my, tak samo jak i oni, przechodzimy tą samą ścieżką, może w innym wykonaniu, ale w podobny sposób. Przenosząc to wszystko w realia codzienności, sama uświadomiłam sobie, że traktowanie drugiego człowieka trzeba zacząć od siebie. Granice, które wytaczasz: granice potrzeb, cierpliwości, sił, energii, czasu prywatnego, są granicami, o które należy walczyć i nie pozwalać, a może inaczej- bronić swojego JA, takiego samego, jak TY, bo indywidualnego, z prawdziwą wolnością, której nie można przekraczać. Im bardziej ograniczam swą powierzchnię wolności, (a w moim wykonaniu idzie to perfekcyjnie, bo zawsze tkwię w poczuciu, iż należy oddawać siebie, swój uśmiech, swoją cierpliwość, swoje siły drugiemu człowiekowi, słowem-podporządkowywać się- co potem odbija się na moim własnym wewnętrznym poczuciu niedopełnienia...), tym gorzej na tym wychodzę. A sama siebie krzywdzę. Uzmysławiając sobie, że z kolei nie zrobiłabym nikomu nic złego, gdybym czysto i otwarcie broniła swych granic i głośno i wyraźnie odmawiała, nie dostosowując się wiecznie do innych. Kiedy ja to wreszcie wcielę w życie? Ćwierćwiecze za pasem, a ja wciąż tkwię w tych chorych poczuciach wiecznej ofiary drugiej osobie, która właściwie nawet nie wie, że wewnętrznie sprzeczam się sama ze sobą, gdyż wyciąga to ze mnie całą niewidzialną przestrzeń swobody działania.
niedziela, 8 maja 2016
ani mi się chce!
W cudownie funkcjonującym świecie damskiego zaspokojenia musi istnieć trójka partnerów. Po pierwsze- Łóżko. Z Panem Poduszką. Do zaspokojania potrzeby dajcie-mi-wszyscy-święty-spokój. Który zrozumie i nie będzie narzekał, gdy po 12 godzinach wciąż będę chciała miętosić jego zawartość. Nie będzie marudził, że bez demakijażu, we wczorajszych ciuchach, nie nakrzyczy o okruszki. Pan Łóżek jest niezastąpiony. Kocha mnie tak samo mocno, gdy jestem z nim sama, jak i dzielę się jego objęciami z kimś innym. Po drugie Partner Zawodowy. W moim przypadku Pani. Pani Krowa w liczbie mnogiej, której związek namacalny jest zintensyfikowany przy okazji rektalnych stosunków. Przyjemność z tego płynąca daje satysfakcję trudną do opisania, ale prawdopodobnie tak głęboką, jak długość mojej ręki macającej narząd rodny. Mam nadzieję, że wkrótce dane nam będzie przejść do kolejnej fazy zbliżenia uwzględniającej skuteczne pokrycie. (Nadmienię tylko, że wszyscy lekarze weterynarii są grubo porąbani. Nawet, a może zwłaszcza ci, którzy się do tego nie przyznają. A jak nie są, znaczy, że na lewych papierach.) Po trzecie, moje auto. Miejsce błogostanu, zarówno z samego rana, jak też pod wieczór, w poniedziałki czy piątki, moje auto to moje błogosławieństwo, z trzema miejscami na kubki i termosy, z moją radiową trójką tudzież czeskim radiem orion, z cudownie pachnącym płynem do spryskiwaczy, który pobudza bardziej niż kofeina, z zestawem słuchawkowym, gps-em doprowadzającym do wszystkich północnych i południowych, wschodnich i zachodnich granic moich wyjazdów, który nie panikuje nawet, gdy przekraczam prędność, przy której moja babcia już dawno wydziedziczyłaby mnie. Amen. W totoloto jeszcze nie wygrałam, ale wciąż mam ochotę kupić sobie Kozę Lukrecję, która, oznajmiam wszem i wobec, będzie mym czwartym niezastąpionym skarbem. I bullterier Lukier. Niech żyją organizmy wyższe.
czwartek, 28 stycznia 2016
naBÓGmuszone
Kiedy ktoś zaczyna wątpić w czyjeś dobre intencje, wszystko
zaczyna się chwiać. Nie ważne czy chodzi o Boga, o przyjaciela czy mężczyznę,
zmienia to nastawienie, przebudowuje relację, osłabia zapał, a co
najistotniejsze, czyni z nas wpatrzonymi w swoje potrzeby egoistów.
Czasem trudno jest mi dostrzec granicę między rozsądkiem i
troską o własne dobro a właściwym dla nas, ludzi, ofierze. Nie wiem ile w tym
momencie niosę na plecach cudzych zmartwień, i nie zastanawiam się, co by było,
gdyby cofnąć się do początku i zmienić tok wydarzeń tak, by je zawczasu
stłamsić. Swoją drogą, wydaje mi się całkiem prawdopodobne, że w ostateczności
to i tak ja zyskałam. A przy okazji zyskali inni. Dzięki tym moim już nieco
osłabionym i pokaleczonym plecom.
Ktoś mądrze powiedział, że nie warto czynić rewolucji,
ewolucyjne zmiany dzięki swej elastyczności i dostosowaniu się do warunków są
lepsze. W takiej swojej własnej ewolucji chyba i ja biorę udział. Mimo mojej
częściowej ułomności jaką jest mała zaradność i niezdecydowanie, pcham swój wózek
w przód popychając przy okazji wózki bliskich.
Wracając do Boga. W aspekcie utraty wiary tracimy najwięcej.
Bo źródło tego wszystkiego, w co wierzymy, mieszka w nas. Im mniej powierzam
Najwyższemu, tym słabiej polegam na samej sobie. Im więcej oddaję i ufam, że On
się tym zatroszczy, tym łatwiej jest mi przezwyciężać wszystkie trudy. Prawdopodobnie
wiele osób albo nie widzi w tym nic logicznego, albo twierdzi, że ten sposób
myślenia można uprościć i zamiast nazywać Boga Bogiem- poradzić sobie bez całej
podkładki wiary. Może, ja nie próbowałam i nie potrzebuję próbować.
A poza tym, jest mi ostatnio ciężko. Bo choroba, bo koniec
studiów, bo szukam wciąż stażu, bo mam swoje potrzeby, bo nie do końca podoba
mi się wszystko, co na mnie czeka po, bo czuję się niestabilnie, bo Jego
problemy, bo jeszcze więcej Jego problemów, bo przyszłość niepewna.
Ale. Słońce świeci, jestem na ostatku zajęć, jestem wolna,
mam farbę do włosów, którą zamierzam dziś użyć z pomocą wykwalifikowanej, ukochanej
Pani Od-Wszystkiego, są przyjaciele, są rodzice i wiem, że gdzieś tam na mnie czeka
już moja upragniona Koza Lukrecja.
czwartek, 17 grudnia 2015
wytnij mi serce
Może niekoniecznie jestem taką, jaką widzieć byś mnie
chciał. Teraz a kiedyś. Nie wprowadzaj mnie w klatkę pojęć, którymi się
posługujesz. Nie umiem być inna. Jestem wystarczająco napięta wewnątrz i na
zewnątrz, by nie potrafić już starać się głębiej, silniej, inaczej. W takiej
gonitwie życia mojego i Twojego własnego zapominasz o początkach, o ciągłym
poznawaniu i ciągłej kulturze. Ja też mam prawo do pomyłek, do małych zwycięstw
i porażek, do codziennego znoszenia samej siebie i innych, do dostosowywania
się – i do wypadania z obiegu, do krzyku i złości- gdy już zbyt mocno gniecie
się we mnie poczucie bezsilności.
Uczę się na nowo, nie umiem uciec przed sobą samą. Przed
Tobą-tak, wyczekuję wtedy Twego zainteresowania. Wtedy najbardziej-będąc
rozgoryczoną i okrutnie zmęczoną. Zamknięta w kłębku, ale tęskniąca za Twoją
uwagą, dotykiem, spokojem,… nie, to nie jest skomplikowane, to bardzo prosty
system, wystarczy się zatrzymać i poświęcić mi krótką chwilę.
Jestem we własnym sosie. Wykąpana, obmyta, wycechowana,
zmierzona, zamierzona, nieco wykolejona z życia, nieco…
Potrafię się starać, potrafię się ostro napocić w imię dobra
drugiej osoby. Ale tak ciężko jest mi już robić kolejny krok, gdy nikt nie
spogląda na odciski stóp, które pozostawiam na piasku codzienności.
Kolejna gwiazdka, kolejna zmarszczka- mam ochotę podnieść
się i wyjrzeć z dziupli mojej tożsamości, może dorosłość właśnie na tym polega,
by podejmować ryzyko w oparciu o ciche piski swoich pragnień. Może, tak jak w
cytacie Mr G.: „Trzeba wszystko uporządkować. Musisz się zdecydować, czego chcesz
się trzymać. Musisz wiedzieć, co trwa, a co przeminęło. I czasami ustalić,
czego nigdy nie było. Musisz sobie pewne rzeczy odpuścić. Natomiast powinieneś
znaleźć coś, co chcesz pozostawić światu po swojej śmierci i poświęcić życie,
by to osiągnąć.” Zatem-chyba pora porządnie przetrzepać własny worek
doświadczeń i wyszorować sobie okno na przyszły rok.
środa, 25 listopada 2015
zakochaj się!
Jaki tam seks?! Miłość! Jaki akt cielesny? Oddanie!
Wykraczanie poza charakter istoty tworzenia, podtrzymywania nas na tym świecie,
emocji i odczuć nie porównywalnych z niczym, cząsteczki raju, które
otrzymaliśmy jak okruszek nieba-… i wymieniać i opisywać to cudo i tak będzie
nic nie warte. Za to z pewnością skrytykować można powszechny nacisk na tą
sferę życia komentujący ją w sposób negatywny, niski, rozrywkowy, paraliżujący
godność człowieka. Mam ostatnio dość ludzi. Bo to ludzie bulwersują. Bo to
ludzie zezwierzęcili się i w mechaniczny sposób potrafią wykorzystać i
doszczętnie zrujnować innym obraz miłości. Bo to, co ukazuje i co opisuje masa
pustych głów z wtłoczonym wysokim mniemaniem o sobie i żałośnie pouczająca/nauczająca
resztę „niekompetentnej” społeczności, może sobie w tyłek wsadzić. Swój zapewne
wielce doświadczony tyłeczek po przejściach, niejednych, regularnie
wyćwiczonych, a który tak naprawdę przydałoby się skopać nieco, bo może
dojdzie jeszcze jakiś impuls porozumiewawczy do mózgu. A może nie.
Prawdopodobnie im przemówić do rozsądku nie zdołam, zresztą, nie jestem od
prostowania innych ludzi. Wolę prostować sama siebie. Przeszkadza mi jednak
wpływ, który wywiera masówka, cała rzesza niechlubnych komentarzy psujących i
przeszkadzających w naturalnym poznawaniu, cieszeniu się, odkrywaniu i
ROZUMIENIU tego czym jest miłość. Do cholery jasnej, może swoje własne umysły
macie już doszczętnie wyorane pustymi odruchami, ale to WY stworzyliście je
sobie takimi, nie natura. Czytelniku, nikt w pocie czoła nie będzie Ci nakreślał
dobrej sylwetki tego, co powinno łączyć, co powinno tworzyć współodczuwanie, co
jest istotne w akcie łączenia i ofiarowania, prawdopodobnie nie, ponieważ zazwyczaj
dzióbek nie zamyka się tym, którzy powinni mieć najmniej do powiedzenia. Ważne,
i zawsze będę się tego trzymać, by mieć czystą kartę, by być jak nienasiąknięta
gąbka wszelkim chłamem i zgnilizną tego świata, by spokojnie móc dawać i brać z
życia tyle dobrego, ile potrzeba, ile się uniesie, ile się uda wspólnymi siłami
i chęciami doświadczać.
Cudownie jest się wybrać do teatru i pocieszyć chwilą wypełnioną
mądrymi spostrzeżeniami. Przykro, że wokół tak ciekawej sztuki może rozwinąć
się tak absurdalna i niewytłumaczona kłótnia. Czy kogoś to gryzie, że jesteśmy ludźmi?
Czy ktoś się wstydzi swojego ciała? A może po kilkudziesięciu latach życia
nagle doszedł do wniosku, że urodziliśmy się jakościowo doskonali? Coraz
częściej wydaje mi się, że to ludzie stwarzają sobie problemy. Że próbują
innych przekonać do swoich „głębokich” poruszeń, wzdychania och i ach i
boleścią nad „szokującymi” scenami. No cóż, mnie osobiście nie szokują. Nie
wzdycham, wzruszać też mnie to nie musi, bo od tego są intymne sytuacje. Chyba,
że ktoś ich nie posiada, a cały świat piętnuje za to, iż ośmielił się
publicznie ukazać sfery, które tak-to prawda, należą do naszych prywatnych, ale
są też częścią życia społeczeństwa, problemów dotykających większości z nas,
wynikają z czegoś i właśnie w takich momentach znajdują ujście. Nie, to udawanie
jest chore. Patologiczne. I ostatecznie to z niego wynika zło.
Więc może po prostu nie trzeba czytać mądralińskich znawców? Ani ślepo podążać na wojnę z obrazem skandalu?
Zakochaj się. Odnajdź się w tym sam(a). I wystarczy.
Zakochaj się. Odnajdź się w tym sam(a). I wystarczy.
niedziela, 22 listopada 2015
Rysy na lustrze
Wiecie co jest piękne? Że każdy, każdy jest inny. Że nie da
się nauczyć drugiego człowieka na pamięć. Ani poznać z opowieści. Albo rozgryźć
raz na zawsze. Piękno tkwi właśnie w tym, że sytuacje lubią zaskakiwać. A
wędrówka z tą samą osobą jest codziennie różna od poprzedniej. Życie można
wtedy czerpać garściami. Nie trzeba się starać na siłę. Zmuszanie się do
czegokolwiek jest zbędne, jeśli naturalnie pozwolimy, by biegło swoim
naturalnym rytmem. Uwielbiam być zaskakiwana przez chwile. Takie, które- mam
wrażenie, czekały na mnie od dawna, czekały sobie cichutko w ukryciu, gdzieś
tam, na swoją kolej, bez zbędnego pośpiechu, by we właściwej sobie-wyjść na
światło dzienne w całej swej okazałości. I są-lekkie jak piórko, zupełnie radosne,
bez skazy, dokładnie takie, jak miały powstać.
Mój talent organizatorski spalił na panewce. Moje fundamenty
są wstrząsane raz po raz. Osoba, jaką się urodziłam, pcha swój wózek coraz
bardziej samodzielnie i w tej indywidualności potrafi radzić sobie bez
konkretnego, idealnego, wcześniej przygotowanego planu! A miło jest w końcu
pojąć, że życie nie jest od planowania. To tak, jakby artysta wiedział od
początku jak skomponuje swoje dzieło, od A do Z. I cała przyjemność na nic.
Swoboda może bardzo szybko ustąpić miejsca temu usystematyzowaniu i odklepaniu
przez twardą rękę realizacji. Wycięto mu serce. Zabrano mu krążenie i wtłoczono
formalinę. Wygląda prawie jak żywe, prawie jak szczęśliwe, prawie… jakby to
było warte tego.
Czas jest bezcenny. Powiedziano kiedyś, że wszystko ma swój
czas. A dzisiaj dochodzę do wniosku, że to abstrakcja myśleć, że czas sam dopełni
Twoje życie. To ludzie decydują o ruchu naprzód. I to tylko przez nasze błędy,
doświadczenia, próby i porażki można pozwolić sobie na stwierdzenie, że coś znalazło w końcu swoje miejsce, że się
dopełniło, że „czas pokazał”. Młodzi ludzie nie biorący życia w swoje ręce są
tymi samymi osobami w wieku jak siedemdziesięciu, jeśli oddadzą się na pastwę
tego perfidnego, niesłychanie ważnego przez nich czasu. Czas ma nam tylko
pomagać. Ma wskazywać: teraz zrób to, teraz pora na tamto. Zatrzymaj się, ale
za chwilę rusz szybciej, bo liczy się każdy Twój krok, żwawiej, żwawiej!
Zapomniałeś o tym, cofnij się, tu trzeba działać, masz czas-rządź nim!
Dysponuj! De facto na własność mamy jedynie swoje ciało, czas i umysł, który ma
rozporządzać o dwóch poprzednich.
Nie jestem zadowolona z dzisiejszych zapisków. Nie tak to
powinno wyglądać. Zapewne za kilka dni usunę i wstawię kolejny post. Ale jedną
bardzo pozytywną myśl chciałam jeszcze raz przywołać: że człowiek się myli. Że
kierowanie się swym ograniczonym rozumkiem jest błędem. Ale te błędy należy
popełniać. Dochodzenie do wniosków na temat swój i w odniesieniu swojej osoby
do pozostałych-jest cudowne. Jeśli tylko człowiek jest otwarty na krytykę, i
jest to budująca krytyka otwierająca oczy, to warto te błędy popełniać.
środa, 18 listopada 2015
Powiedz mi jaka jest prawda, a powiem ci, kim jesteś.
Podziękowałam. I zachwiałam. Się. Ciałem, i duszą… Bo kiedy
na wszystko MĄDRA osoba znajduje cudowną poradę, kiedy potrafi ujarzmić każdy
dotychczasowy problem, a raczej skrytykować daną sytuację, to jasne, można
pomyśleć, znalazła złoty środek. Wyjaśniła wszystko czarno na białym. Poruszyła
kwestie bolące, wymagające OGROMNEGO wysiłku, zaangażowania, poświęcenia przez
ostatnie miesiące, ale… Tak, są takie osoby, które zamiast pomóc wbijają
szpilki. Które chcą największego dobra drugiej osoby, ale .. nie zauważają
jednego istotnego faktu. Że wyjściem z sytuacji nie jest rzucenie wszystkiego,
spalenie za sobą mostów, rozpoczęcie czegoś nowego samodzielnie. Bo znaczące w
tym całym ogóle zdarzeń jest poczucie odpowiedzialności. Za drugą osobę, za
wszelkie sytuacje, które tworzyły coś lepszego dla obu stron, za naukę życia,
za dary, te materialne jak i niematerialne, za poczucie bezpieczeństwa, które
tkwi w samym środku ducha i jest bezcenne, za dawkę optymizmu i energii do
życia każdego dnia. Coś nie do wycenienia nie jest godne tego, by porównywać i
oceniać je z tak marnymi rzeczami materialnymi.
Straty zawsze są, i będą. I ciężary nosić będzie trzeba. Tak
jak to wątłe ciało do ostatniego dnia życia. Ale doświadczenie dobrego-wierzę,
że jest warte tych rzeczy, które koniec końców trzeba poświęcić. Chciałabym
wierzyć. Potrzebuję w to wierzyć. Każdego dnia na nowo uczyć się tej wiary, bo
tylko ona pobudza do działania. I nie poddawania się. I owszem, jestem tak
słaba, pełna dylematów, które osłabiają mnie na każdym kroku, gdy słyszę o tym
jak powinno wyglądać porządne, dobre, idealne życie, którego nie mam, nie
składa się, żebym miała, ale prawda jest taka, że mam swoje życie tylko jedno,
i jest ono tylko moje, a decyzje, które podejmuję, muszą być tylko moje, bo
sama będę za nie odpowiadać i zbierać konsekwencje.
Przekraczając barierę wątkową…
Trzeba być innym. (Wybaczcie tendencyjność w moich
wypowiedziach, które będą się wielokrotnie powtarzały.) Świata nie zmienię. Nie
podoba mi się świat. Świat brnie w kierunku bezrozumnych, zmanipulowanych mas
czerpiących przyjemność z tej samej głupoty biernie odbieranej i
nieprzetwarzanej, nie dającej wymiernych korzyści, a już na pewno nie
ujawniających żadnych wartości. W tym całym wyobcowaniu poruszam się jak na
palcach, bo z jednej strony czuję się wciągnięta i uczestniczę w całym procederze
oszałamiania mas, z drugiej zniesmaczona i niezainteresowana powszechnymi
środkami, których koncentracja w mediach, tv, na ulicach, w tramwaju, klubie,
galeriach handlowych (…) dominuje w życiu przeciętnego człowieka. A może to
właśnie ja jestem tym odmieńcem nieprzystosowanym do interakcji z resztą
społeczeństwa. Ale mam kilka podstawowych zasad. Tych swoich, wypróbowanych od
kilkunastu-kilkudziesięciu lat, których nigdy nie zmienię i którymi będę się
zawsze posiłkować, na które kierować uwagę, przeznaczać czas, dążyć, by to one
miały wpływ na mnie samą. Będę je bronić. Wyglądając z tym dziwnie, może często
czując się w tym wszystkim sama, a to poczucie samotności zawsze w jakiś sposób
dotyka nieprzyjemnie, nie chcąc używać słowa boli, duszy. Może to właśnie przez
to, że urodziłam się na przełomie kultur, tej po rewolucji, wolnej,
przepełnionej naturą, rozmową w cztery oczy, ruchem na świeżym powietrzu,
domowymi obiadami z resztą rodziny, dwutygodniowymi wczasami z rodzicami i
rodzeństwem w przyczepie, spacerami do
lasu na jagody i grzyby, śmiechem, poczuciem przynależności do drugiego
człowieka-tak żywym i tak cielesnym, bo „na żywo”-tu i teraz, głośnym,
wyczuwalnym przez wszystkie pięć zmysłów. Smakowitym, przytulonym, surowym,
trwającym PRAWDZIWIE. Tak! Tęsknie za tym i tęsknię każdą częścią mojego bytu, bo
mogę porównać WTEDY i TERAZ. Wiecznie głodni informacji, zajęci bezsensownymi marnującymi
czas i uwagę umysłu zajęciami, zagonieni, samotni, bo nie wśród ludzi, lecz
ukryci jak w złotej klatce, każdy sobie, każdy o sobie, każdy do siebie, do
laptopa, do aparatu telefonicznego… Zamknięci, bogaci jesteśmy tylko w to, co
wyższe piętra serwują nam na duchowe śniadanie/obiad/kolację. No, i może
deserek. Tak samo paranoiczny i nie-rzeczywisty, ale co ważne- prosty, lekki i
przyjemny, bo nie lubiący analizowania i wyciągania wniosków indywidualnie.
Każdy taki sam. Każda myśl taka sama. Codziennie to samo. Od rana, do wieczora,
od poniedziałku do piątku, od stycznia do grudnia i tak upływają lata, potem
pobudka w wieku lat X, gdy okazuje się, że gdzieś nam ta nauka dojrzałości
umknęła, marnie zastąpiona przez płynność bezmyślności pochłaniającą masy.
Nie można wyrzec się myślenia. I największym błędem życia
jest robić coś, co dyktowane jest przez prąd komercyjnej myśli. Życie jest krótkie,
kruche i tylko jedno. A Twój, i mój, mózg nie służy tylko odbiorowi, ale też
nadawaniu. Nie ufaj im, zaufaj sobie, i znajduj wyjście tam, gdzie jest ciężko,
gdzie wkracza mało kto, gdzie nie ma huku i „lajków” ani wiecznych pochwał
kolegów. Satysfakcja biegnie z wnętrza, wnętrze kształtujesz sobie TY. Tak samo
jak swoje życie.
A ja kocham życie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)