środa, 16 listopada 2016

...a oczodół wyskrobię scyzorykiem

Jeśli jeszcze raz Ktoś Mądry spróbuje westchnąć do Ducha Św, czytaj subtelnym sarkastycznym tonem wmówić mi, że praca, którą wykonuję na co dzień nalezy do tych łatwych, prostych, niekłopotliwych i cudownie odseparowanych od brutalnych problemów codzienności, obiecuję, wezmę siekierę i obetnę jaja. Tudzież jajniki. Zjem sobie na deser móżdżek. A z osłonek jelit zrobię kiełbasę. Do chu.. pana wpierd..lać się w cudze znoje to tupet, oznaka własnego niezadowolenia, i słabości, i tchórzostwa.
Osobiście niczego nie żałuję. Tak, uwielbiam sobie pokląć, pomarzyć o wódce i fajce słodkiej jak chwilowe jebnięcie tym stanem zmęczenia, aby za chwilę mimo wszystko wrócić do swego. Mego. Wybranego.
Ludzie tyle się znają, co im pokręci i rozkręci synapsy w głowie. Dlatego ostatni raz denerwuję się, staram, odpowiadam i za cokolwiek szukam w siebie winy. Obiecuję. Jestem zbyt dobra, zbyt uczciwa i zbyt przekonana, że co mnie spotyka-to wynik moich wyborów, za które nie można obarczać innych. Polecam szczerze nauczyć się tego innym, amen.
I obiecuję już nigdy nie odmawiać sobie dobrego ciasta. Dietę to się ma jak się robi po 12 godzin na dobę. A resztę życia należy oddać rozpuście.
Kocham Cię Życię!

czwartek, 3 listopada 2016

xxx

Łał. Szczęście nie jest ulotne. Nie jest powierzchowne. Jest łagodne w swej rozbrajającej energii i głębokie w tej cichości przeżywania. Jeśli każdy może traktować swoje szczęście w inny sposób, to moje jest konkretne, docelowe, lecznicze, wycelowane w środek. Poznane i wiadome jak złoty środek, jak składnik numer jeden, jak życie, z tchem zaczerpniętym pełną piersią. Wyciskam sobie sok z własnego istnienia i śmieję się do lustra nosząc najbardziej kiczowate okulary świata. Z łatwością, lekko, witam-siebie, i Ciebie. :-) gdy doświadczam Cię- wygrywam, w walce słabości, żmudnej bezsilnej pracy, potykania się o własne stopy, wyczerpania i niechęci. Dzięki, Boże. Amen.

sobota, 15 października 2016

wytęż wzrok.

Przechodzenie przez trudności i zamykanie za sobą pewnych etapów w swoim życiu ma to do siebie, że uszlachetnia i przeobraża dotychczasowe przywileje, ale i pomaga dostrzec kolejne cele. W takim pogorzelisku doświadczeń przekopuje się niektóre uczucia i emocje i .. nie chodzi o to, by oszukiwać ideały przeszłości, a tym bardziej- krzywdzić drugiego człowieka, ... życie staje się wędrówką przez kolejne mosty, i dopóki nie przejdziesz przez jedną kładkę- nie zaobserwujesz widoku jaki wychyla się zza tej drugiej strony.
Jestem półgłówkiem, wielkim tchórzem, naiwną istotą skłonną do wielkich abstrakcyjnych marzeń, jestem. Mam sobie do zarzucenia mnóstwo rzeczy. Ale na pewno nie to, że mi się nie chce. Chce mi się i uważam, że ten zaprogramowany u mnie system działania, poganiacz szturmujący od wnętrza moje myśli, jest cudownym narzędziem od Tego, który wciąż, gdzieś w górze, mimo moich okropnych nieobecności i odmowy do współpracy- "dziwnym" sposobem wciąż mnie wspiera.
Czuję już, że z kolejnych lat wycisnąć trzeba konkretne cele. Wystarczy tej kruchości mojego siedliska, pora uwić sobie gniazdko i zrobić to tak, by codzienna praca była kooperatywna z planami budowy cudownego dachu nad głową. Moja rezydentura na tym padole trwa już trochę, a z chwilą rozpoczęcia intensywnej pracy należy wyciskać dla swych czterech kątów te siły i wzmacniać je zaobserwowanymi owocami.
Trudno. Jak widać marzeniami żyć się nie da, ale da się ograniczyć te sny na tyle, by wciąż być zadowolonym i na takim poziomie na jakim się da-wyławiać kolejne rybki z tego wciąż pełnego oceanu możliwości.

poniedziałek, 19 września 2016

Nie rozumiesz?..

Zupełnie malutko nas jest. Przy sobie, jesteś jak wycieczka. Jak podmuch wiatru, który zaraz zmieni kierunek. Tak wyczekany i tak przemijający. Wystraszyłeś wszystkie moje plany na resztę obrotów ziemi, zjawiłeś się jak ten wulkan, który buchnął niczym przeraźliwy krzyk małego dziecka, znikąd. Zatrzymałeś mnie w tym urywku sekundy, która powinna trwać wiecznie. Jakże ciepło, które zostawiłeś mi na policzku, szybko wysycha... Niczym śnieg udeptywany ciepłymi stopami. Rany, pamiętasz? Zimę? Wiosnę? Lato... Te tak wyczekiwane momenty są już daleko za percepcją pamięci. Wylatujesz mi z tej klatki wspomnień. Zatracasz się w worku swojego życia. A ja nadal zerkam zbłąkanym wzrokiem po tym wszystkim, co było. Było. Było tak. Skojarzyłam Cię z rzeką górską. Rześką i prującą w nieznane. Zbyt szybko, by ją uzbierać, wyciągnąć; za szybką, by w nią wskoczyć i dogonić tempo. Jak Cię mogę polubić? Jak zmieścić Cię w mej głowie? Nie rozumiesz...?

środa, 14 września 2016

zmiany zacząć od siebie

Myślę, że dramat przeistaczania się dotyczący mierzenia sił w nowych sytuacjach z nowymi ludźmi daje nam jedyny kierunek konstruktywnego myślenia o samym sobie. Bo dochodzimy do wniosku, ze my, tak samo jak i oni, przechodzimy tą samą ścieżką, może w innym wykonaniu, ale w podobny sposób. Przenosząc to wszystko w realia codzienności, sama uświadomiłam sobie, że traktowanie drugiego człowieka trzeba zacząć od siebie. Granice, które wytaczasz: granice potrzeb, cierpliwości, sił, energii, czasu prywatnego, są granicami, o które należy walczyć i nie pozwalać, a może inaczej- bronić swojego JA, takiego samego, jak TY, bo indywidualnego, z prawdziwą wolnością, której nie można przekraczać. Im bardziej ograniczam swą powierzchnię wolności, (a w moim wykonaniu idzie to perfekcyjnie, bo zawsze tkwię w poczuciu, iż należy oddawać siebie, swój uśmiech, swoją cierpliwość, swoje siły drugiemu człowiekowi, słowem-podporządkowywać się- co potem odbija się na moim własnym wewnętrznym poczuciu niedopełnienia...), tym gorzej na tym wychodzę. A sama siebie krzywdzę. Uzmysławiając sobie, że z kolei nie zrobiłabym nikomu nic złego, gdybym czysto i otwarcie broniła swych granic i głośno i wyraźnie odmawiała, nie dostosowując się wiecznie do innych. Kiedy ja to wreszcie wcielę w życie? Ćwierćwiecze za pasem, a ja wciąż tkwię w tych chorych poczuciach wiecznej ofiary drugiej osobie, która właściwie nawet nie wie, że wewnętrznie sprzeczam się sama ze sobą, gdyż wyciąga to ze mnie całą niewidzialną przestrzeń swobody działania.

niedziela, 8 maja 2016

ani mi się chce!

W cudownie funkcjonującym świecie damskiego zaspokojenia musi istnieć trójka partnerów. Po pierwsze- Łóżko. Z Panem Poduszką. Do zaspokojania potrzeby dajcie-mi-wszyscy-święty-spokój. Który zrozumie i nie będzie narzekał, gdy po 12 godzinach wciąż będę chciała miętosić jego zawartość. Nie będzie marudził, że bez demakijażu, we wczorajszych ciuchach, nie nakrzyczy o okruszki. Pan Łóżek jest niezastąpiony. Kocha mnie tak samo mocno, gdy jestem z nim sama, jak i dzielę się jego objęciami z kimś innym. Po drugie Partner Zawodowy. W moim przypadku Pani. Pani Krowa w liczbie mnogiej, której związek namacalny jest zintensyfikowany przy okazji rektalnych stosunków. Przyjemność z tego płynąca daje satysfakcję trudną do opisania, ale prawdopodobnie tak głęboką, jak długość mojej ręki macającej narząd rodny. Mam nadzieję, że wkrótce dane nam będzie przejść do kolejnej fazy zbliżenia uwzględniającej skuteczne pokrycie. (Nadmienię tylko, że wszyscy lekarze weterynarii są grubo porąbani. Nawet, a może zwłaszcza ci, którzy się do tego nie przyznają. A jak nie są, znaczy, że na lewych papierach.) Po trzecie, moje auto. Miejsce błogostanu, zarówno z samego rana, jak też pod wieczór, w poniedziałki czy piątki, moje auto to moje błogosławieństwo, z trzema miejscami na kubki i termosy, z moją radiową trójką tudzież czeskim radiem orion, z cudownie pachnącym płynem do spryskiwaczy, który pobudza bardziej niż kofeina, z zestawem słuchawkowym, gps-em doprowadzającym do wszystkich północnych i południowych, wschodnich i zachodnich granic moich wyjazdów, który nie panikuje nawet, gdy przekraczam prędność, przy której moja babcia już dawno wydziedziczyłaby mnie. Amen. W totoloto jeszcze nie wygrałam, ale wciąż mam ochotę kupić sobie Kozę Lukrecję, która, oznajmiam wszem i wobec, będzie mym czwartym niezastąpionym skarbem. I bullterier Lukier. Niech żyją organizmy wyższe.

czwartek, 28 stycznia 2016

naBÓGmuszone



Kiedy ktoś zaczyna wątpić w czyjeś dobre intencje, wszystko zaczyna się chwiać. Nie ważne czy chodzi o Boga, o przyjaciela czy mężczyznę, zmienia to nastawienie, przebudowuje relację, osłabia zapał, a co najistotniejsze, czyni z nas wpatrzonymi w swoje potrzeby egoistów.

Czasem trudno jest mi dostrzec granicę między rozsądkiem i troską o własne dobro a właściwym dla nas, ludzi, ofierze. Nie wiem ile w tym momencie niosę na plecach cudzych zmartwień, i nie zastanawiam się, co by było, gdyby cofnąć się do początku i zmienić tok wydarzeń tak, by je zawczasu stłamsić. Swoją drogą, wydaje mi się całkiem prawdopodobne, że w ostateczności to i tak ja zyskałam. A przy okazji zyskali inni. Dzięki tym moim już nieco osłabionym i pokaleczonym plecom.

Ktoś mądrze powiedział, że nie warto czynić rewolucji, ewolucyjne zmiany dzięki swej elastyczności i dostosowaniu się do warunków są lepsze. W takiej swojej własnej ewolucji chyba i ja biorę udział. Mimo mojej częściowej ułomności jaką jest mała zaradność i niezdecydowanie, pcham swój wózek w przód popychając przy okazji wózki bliskich.

Wracając do Boga. W aspekcie utraty wiary tracimy najwięcej. Bo źródło tego wszystkiego, w co wierzymy, mieszka w nas. Im mniej powierzam Najwyższemu, tym słabiej polegam na samej sobie. Im więcej oddaję i ufam, że On się tym zatroszczy, tym łatwiej jest mi przezwyciężać wszystkie trudy. Prawdopodobnie wiele osób albo nie widzi w tym nic logicznego, albo twierdzi, że ten sposób myślenia można uprościć i zamiast nazywać Boga Bogiem- poradzić sobie bez całej podkładki wiary. Może, ja nie próbowałam i nie potrzebuję próbować.

A poza tym, jest mi ostatnio ciężko. Bo choroba, bo koniec studiów, bo szukam wciąż stażu, bo mam swoje potrzeby, bo nie do końca podoba mi się wszystko, co na mnie czeka po, bo czuję się niestabilnie, bo Jego problemy, bo jeszcze więcej Jego problemów, bo przyszłość niepewna.

Ale. Słońce świeci, jestem na ostatku zajęć, jestem wolna, mam farbę do włosów, którą zamierzam dziś użyć z pomocą wykwalifikowanej, ukochanej Pani Od-Wszystkiego, są przyjaciele, są rodzice i wiem, że gdzieś tam na mnie czeka już moja upragniona Koza Lukrecja.

czwartek, 17 grudnia 2015

wytnij mi serce



Może niekoniecznie jestem taką, jaką widzieć byś mnie chciał. Teraz a kiedyś. Nie wprowadzaj mnie w klatkę pojęć, którymi się posługujesz. Nie umiem być inna. Jestem wystarczająco napięta wewnątrz i na zewnątrz, by nie potrafić już starać się głębiej, silniej, inaczej. W takiej gonitwie życia mojego i Twojego własnego zapominasz o początkach, o ciągłym poznawaniu i ciągłej kulturze. Ja też mam prawo do pomyłek, do małych zwycięstw i porażek, do codziennego znoszenia samej siebie i innych, do dostosowywania się – i do wypadania z obiegu, do krzyku i złości- gdy już zbyt mocno gniecie się we mnie poczucie bezsilności.

Uczę się na nowo, nie umiem uciec przed sobą samą. Przed Tobą-tak, wyczekuję wtedy Twego zainteresowania. Wtedy najbardziej-będąc rozgoryczoną i okrutnie zmęczoną. Zamknięta w kłębku, ale tęskniąca za Twoją uwagą, dotykiem, spokojem,… nie, to nie jest skomplikowane, to bardzo prosty system, wystarczy się zatrzymać i poświęcić mi krótką chwilę.

Jestem we własnym sosie. Wykąpana, obmyta, wycechowana, zmierzona, zamierzona, nieco wykolejona z życia, nieco… 

Potrafię się starać, potrafię się ostro napocić w imię dobra drugiej osoby. Ale tak ciężko jest mi już robić kolejny krok, gdy nikt nie spogląda na odciski stóp, które pozostawiam na piasku codzienności.

Kolejna gwiazdka, kolejna zmarszczka- mam ochotę podnieść się i wyjrzeć z dziupli mojej tożsamości, może dorosłość właśnie na tym polega, by podejmować ryzyko w oparciu o ciche piski swoich pragnień. Może, tak jak w cytacie Mr G.: „Trzeba wszystko uporządkować. Musisz się zdecydować, czego chcesz się trzymać. Musisz wiedzieć, co trwa, a co przeminęło. I czasami ustalić, czego nigdy nie było. Musisz sobie pewne rzeczy odpuścić. Natomiast powinieneś znaleźć coś, co chcesz pozostawić światu po swojej śmierci i poświęcić życie, by to osiągnąć.” Zatem-chyba pora porządnie przetrzepać własny worek doświadczeń i wyszorować sobie okno na przyszły rok.

środa, 25 listopada 2015

zakochaj się!


Jaki tam seks?! Miłość! Jaki akt cielesny? Oddanie! Wykraczanie poza charakter istoty tworzenia, podtrzymywania nas na tym świecie, emocji i odczuć nie porównywalnych z niczym, cząsteczki raju, które otrzymaliśmy jak okruszek nieba-… i wymieniać i opisywać to cudo i tak będzie nic nie warte. Za to z pewnością skrytykować można powszechny nacisk na tą sferę życia komentujący ją w sposób negatywny, niski, rozrywkowy, paraliżujący godność człowieka. Mam ostatnio dość ludzi. Bo to ludzie bulwersują. Bo to ludzie zezwierzęcili się i w mechaniczny sposób potrafią wykorzystać i doszczętnie zrujnować innym obraz miłości. Bo to, co ukazuje i co opisuje masa pustych głów z wtłoczonym wysokim mniemaniem o sobie i żałośnie pouczająca/nauczająca resztę „niekompetentnej” społeczności, może sobie w tyłek wsadzić. Swój zapewne wielce doświadczony tyłeczek po przejściach, niejednych, regularnie wyćwiczonych, a który tak naprawdę przydałoby się skopać nieco, bo może dojdzie jeszcze jakiś impuls porozumiewawczy do mózgu. A może nie. Prawdopodobnie im przemówić do rozsądku nie zdołam, zresztą, nie jestem od prostowania innych ludzi. Wolę prostować sama siebie. Przeszkadza mi jednak wpływ, który wywiera masówka, cała rzesza niechlubnych komentarzy psujących i przeszkadzających w naturalnym poznawaniu, cieszeniu się, odkrywaniu i ROZUMIENIU tego czym jest miłość. Do cholery jasnej, może swoje własne umysły macie już doszczętnie wyorane pustymi odruchami, ale to WY stworzyliście je sobie takimi, nie natura. Czytelniku, nikt w pocie czoła nie będzie Ci nakreślał dobrej sylwetki tego, co powinno łączyć, co powinno tworzyć współodczuwanie, co jest istotne w akcie łączenia i ofiarowania, prawdopodobnie nie, ponieważ zazwyczaj dzióbek nie zamyka się tym, którzy powinni mieć najmniej do powiedzenia. Ważne, i zawsze będę się tego trzymać, by mieć czystą kartę, by być jak nienasiąknięta gąbka wszelkim chłamem i zgnilizną tego świata, by spokojnie móc dawać i brać z życia tyle dobrego, ile potrzeba, ile się uniesie, ile się uda wspólnymi siłami i chęciami doświadczać.

Cudownie jest się wybrać do teatru i pocieszyć chwilą wypełnioną mądrymi spostrzeżeniami. Przykro, że wokół tak ciekawej sztuki może rozwinąć się tak absurdalna i niewytłumaczona kłótnia. Czy kogoś to gryzie, że jesteśmy ludźmi? Czy ktoś się wstydzi swojego ciała? A może po kilkudziesięciu latach życia nagle doszedł do wniosku, że urodziliśmy się jakościowo doskonali? Coraz częściej wydaje mi się, że to ludzie stwarzają sobie problemy. Że próbują innych przekonać do swoich „głębokich” poruszeń, wzdychania och i ach i boleścią nad „szokującymi” scenami. No cóż, mnie osobiście nie szokują. Nie wzdycham, wzruszać też mnie to nie musi, bo od tego są intymne sytuacje. Chyba, że ktoś ich nie posiada, a cały świat piętnuje za to, iż ośmielił się publicznie ukazać sfery, które tak-to prawda, należą do naszych prywatnych, ale są też częścią życia społeczeństwa, problemów dotykających większości z nas, wynikają z czegoś i właśnie w takich momentach znajdują ujście. Nie, to udawanie jest chore. Patologiczne. I ostatecznie to z niego wynika zło.  

Więc może po prostu nie trzeba czytać mądralińskich znawców? Ani ślepo podążać na wojnę z  obrazem skandalu?
Zakochaj się. Odnajdź się w tym sam(a). I wystarczy.

niedziela, 22 listopada 2015

Rysy na lustrze



 Wiecie co jest piękne? Że każdy, każdy jest inny. Że nie da się nauczyć drugiego człowieka na pamięć. Ani poznać z opowieści. Albo rozgryźć raz na zawsze. Piękno tkwi właśnie w tym, że sytuacje lubią zaskakiwać. A wędrówka z tą samą osobą jest codziennie różna od poprzedniej. Życie można wtedy czerpać garściami. Nie trzeba się starać na siłę. Zmuszanie się do czegokolwiek jest zbędne, jeśli naturalnie pozwolimy, by biegło swoim naturalnym rytmem. Uwielbiam być zaskakiwana przez chwile. Takie, które- mam wrażenie, czekały na mnie od dawna, czekały sobie cichutko w ukryciu, gdzieś tam, na swoją kolej, bez zbędnego pośpiechu, by we właściwej sobie-wyjść na światło dzienne w całej swej okazałości. I są-lekkie jak piórko, zupełnie radosne, bez skazy, dokładnie takie, jak miały powstać.

Mój talent organizatorski spalił na panewce. Moje fundamenty są wstrząsane raz po raz. Osoba, jaką się urodziłam, pcha swój wózek coraz bardziej samodzielnie i w tej indywidualności potrafi radzić sobie bez konkretnego, idealnego, wcześniej przygotowanego planu! A miło jest w końcu pojąć, że życie nie jest od planowania. To tak, jakby artysta wiedział od początku jak skomponuje swoje dzieło, od A do Z. I cała przyjemność na nic. Swoboda może bardzo szybko ustąpić miejsca temu usystematyzowaniu i odklepaniu przez twardą rękę realizacji. Wycięto mu serce. Zabrano mu krążenie i wtłoczono formalinę. Wygląda prawie jak żywe, prawie jak szczęśliwe, prawie… jakby to było warte tego.

Czas jest bezcenny. Powiedziano kiedyś, że wszystko ma swój czas. A dzisiaj dochodzę do wniosku, że to abstrakcja myśleć, że czas sam dopełni Twoje życie. To ludzie decydują o ruchu naprzód. I to tylko przez nasze błędy, doświadczenia, próby i porażki można pozwolić sobie na stwierdzenie,  że coś znalazło w końcu swoje miejsce, że się dopełniło, że „czas pokazał”. Młodzi ludzie nie biorący życia w swoje ręce są tymi samymi osobami w wieku jak siedemdziesięciu, jeśli oddadzą się na pastwę tego perfidnego, niesłychanie ważnego przez nich czasu. Czas ma nam tylko pomagać. Ma wskazywać: teraz zrób to, teraz pora na tamto. Zatrzymaj się, ale za chwilę rusz szybciej, bo liczy się każdy Twój krok, żwawiej, żwawiej! Zapomniałeś o tym, cofnij się, tu trzeba działać, masz czas-rządź nim! Dysponuj! De facto na własność mamy jedynie swoje ciało, czas i umysł, który ma rozporządzać o dwóch poprzednich.

Nie jestem zadowolona z dzisiejszych zapisków. Nie tak to powinno wyglądać. Zapewne za kilka dni usunę i wstawię kolejny post. Ale jedną bardzo pozytywną myśl chciałam jeszcze raz przywołać: że człowiek się myli. Że kierowanie się swym ograniczonym rozumkiem jest błędem. Ale te błędy należy popełniać. Dochodzenie do wniosków na temat swój i w odniesieniu swojej osoby do pozostałych-jest cudowne. Jeśli tylko człowiek jest otwarty na krytykę, i jest to budująca krytyka otwierająca oczy, to warto te błędy popełniać.

środa, 18 listopada 2015

Powiedz mi jaka jest prawda, a powiem ci, kim jesteś.



Podziękowałam. I zachwiałam. Się. Ciałem, i duszą… Bo kiedy na wszystko MĄDRA osoba znajduje cudowną poradę, kiedy potrafi ujarzmić każdy dotychczasowy problem, a raczej skrytykować daną sytuację, to jasne, można pomyśleć, znalazła złoty środek. Wyjaśniła wszystko czarno na białym. Poruszyła kwestie bolące, wymagające OGROMNEGO wysiłku, zaangażowania, poświęcenia przez ostatnie miesiące, ale… Tak, są takie osoby, które zamiast pomóc wbijają szpilki. Które chcą największego dobra drugiej osoby, ale .. nie zauważają jednego istotnego faktu. Że wyjściem z sytuacji nie jest rzucenie wszystkiego, spalenie za sobą mostów, rozpoczęcie czegoś nowego samodzielnie. Bo znaczące w tym całym ogóle zdarzeń jest poczucie odpowiedzialności. Za drugą osobę, za wszelkie sytuacje, które tworzyły coś lepszego dla obu stron, za naukę życia, za dary, te materialne jak i niematerialne, za poczucie bezpieczeństwa, które tkwi w samym środku ducha i jest bezcenne, za dawkę optymizmu i energii do życia każdego dnia. Coś nie do wycenienia nie jest godne tego, by porównywać i oceniać je z tak marnymi rzeczami materialnymi.


Straty zawsze są, i będą. I ciężary nosić będzie trzeba. Tak jak to wątłe ciało do ostatniego dnia życia. Ale doświadczenie dobrego-wierzę, że jest warte tych rzeczy, które koniec końców trzeba poświęcić. Chciałabym wierzyć. Potrzebuję w to wierzyć. Każdego dnia na nowo uczyć się tej wiary, bo tylko ona pobudza do działania. I nie poddawania się. I owszem, jestem tak słaba, pełna dylematów, które osłabiają mnie na każdym kroku, gdy słyszę o tym jak powinno wyglądać porządne, dobre, idealne życie, którego nie mam, nie składa się, żebym miała, ale prawda jest taka, że mam swoje życie tylko jedno, i jest ono tylko moje, a decyzje, które podejmuję, muszą być tylko moje, bo sama będę za nie odpowiadać i zbierać konsekwencje.


Przekraczając barierę wątkową…


Trzeba być innym. (Wybaczcie tendencyjność w moich wypowiedziach, które będą się wielokrotnie powtarzały.) Świata nie zmienię. Nie podoba mi się świat. Świat brnie w kierunku bezrozumnych, zmanipulowanych mas czerpiących przyjemność z tej samej głupoty biernie odbieranej i nieprzetwarzanej, nie dającej wymiernych korzyści, a już na pewno nie ujawniających żadnych wartości. W tym całym wyobcowaniu poruszam się jak na palcach, bo z jednej strony czuję się wciągnięta i uczestniczę w całym procederze oszałamiania mas, z drugiej zniesmaczona i niezainteresowana powszechnymi środkami, których koncentracja w mediach, tv, na ulicach, w tramwaju, klubie, galeriach handlowych (…) dominuje w życiu przeciętnego człowieka. A może to właśnie ja jestem tym odmieńcem nieprzystosowanym do interakcji z resztą społeczeństwa. Ale mam kilka podstawowych zasad. Tych swoich, wypróbowanych od kilkunastu-kilkudziesięciu lat, których nigdy nie zmienię i którymi będę się zawsze posiłkować, na które kierować uwagę, przeznaczać czas, dążyć, by to one miały wpływ na mnie samą. Będę je bronić. Wyglądając z tym dziwnie, może często czując się w tym wszystkim sama, a to poczucie samotności zawsze w jakiś sposób dotyka nieprzyjemnie, nie chcąc używać słowa boli, duszy. Może to właśnie przez to, że urodziłam się na przełomie kultur, tej po rewolucji, wolnej, przepełnionej naturą, rozmową w cztery oczy, ruchem na świeżym powietrzu, domowymi obiadami z resztą rodziny, dwutygodniowymi wczasami z rodzicami i rodzeństwem  w przyczepie, spacerami do lasu na jagody i grzyby, śmiechem, poczuciem przynależności do drugiego człowieka-tak żywym i tak cielesnym, bo „na żywo”-tu i teraz, głośnym, wyczuwalnym przez wszystkie pięć zmysłów. Smakowitym, przytulonym, surowym, trwającym PRAWDZIWIE. Tak! Tęsknie za tym i tęsknię każdą częścią mojego bytu, bo mogę porównać WTEDY i TERAZ. Wiecznie głodni informacji, zajęci bezsensownymi marnującymi czas i uwagę umysłu zajęciami, zagonieni, samotni, bo nie wśród ludzi, lecz ukryci jak w złotej klatce, każdy sobie, każdy o sobie, każdy do siebie, do laptopa, do aparatu telefonicznego… Zamknięci, bogaci jesteśmy tylko w to, co wyższe piętra serwują nam na duchowe śniadanie/obiad/kolację. No, i może deserek. Tak samo paranoiczny i nie-rzeczywisty, ale co ważne- prosty, lekki i przyjemny, bo nie lubiący analizowania i wyciągania wniosków indywidualnie. Każdy taki sam. Każda myśl taka sama. Codziennie to samo. Od rana, do wieczora, od poniedziałku do piątku, od stycznia do grudnia i tak upływają lata, potem pobudka w wieku lat X, gdy okazuje się, że gdzieś nam ta nauka dojrzałości umknęła, marnie zastąpiona przez płynność bezmyślności pochłaniającą masy.


Nie można wyrzec się myślenia. I największym błędem życia jest robić coś, co dyktowane jest przez prąd komercyjnej myśli. Życie jest krótkie, kruche i tylko jedno. A Twój, i mój, mózg nie służy tylko odbiorowi, ale też nadawaniu. Nie ufaj im, zaufaj sobie, i znajduj wyjście tam, gdzie jest ciężko, gdzie wkracza mało kto, gdzie nie ma huku i „lajków” ani wiecznych pochwał kolegów. Satysfakcja biegnie z wnętrza, wnętrze kształtujesz sobie TY. Tak samo jak swoje życie.

A ja kocham życie.