Podziękowałam. I zachwiałam. Się. Ciałem, i duszą… Bo kiedy
na wszystko MĄDRA osoba znajduje cudowną poradę, kiedy potrafi ujarzmić każdy
dotychczasowy problem, a raczej skrytykować daną sytuację, to jasne, można
pomyśleć, znalazła złoty środek. Wyjaśniła wszystko czarno na białym. Poruszyła
kwestie bolące, wymagające OGROMNEGO wysiłku, zaangażowania, poświęcenia przez
ostatnie miesiące, ale… Tak, są takie osoby, które zamiast pomóc wbijają
szpilki. Które chcą największego dobra drugiej osoby, ale .. nie zauważają
jednego istotnego faktu. Że wyjściem z sytuacji nie jest rzucenie wszystkiego,
spalenie za sobą mostów, rozpoczęcie czegoś nowego samodzielnie. Bo znaczące w
tym całym ogóle zdarzeń jest poczucie odpowiedzialności. Za drugą osobę, za
wszelkie sytuacje, które tworzyły coś lepszego dla obu stron, za naukę życia,
za dary, te materialne jak i niematerialne, za poczucie bezpieczeństwa, które
tkwi w samym środku ducha i jest bezcenne, za dawkę optymizmu i energii do
życia każdego dnia. Coś nie do wycenienia nie jest godne tego, by porównywać i
oceniać je z tak marnymi rzeczami materialnymi.
Straty zawsze są, i będą. I ciężary nosić będzie trzeba. Tak
jak to wątłe ciało do ostatniego dnia życia. Ale doświadczenie dobrego-wierzę,
że jest warte tych rzeczy, które koniec końców trzeba poświęcić. Chciałabym
wierzyć. Potrzebuję w to wierzyć. Każdego dnia na nowo uczyć się tej wiary, bo
tylko ona pobudza do działania. I nie poddawania się. I owszem, jestem tak
słaba, pełna dylematów, które osłabiają mnie na każdym kroku, gdy słyszę o tym
jak powinno wyglądać porządne, dobre, idealne życie, którego nie mam, nie
składa się, żebym miała, ale prawda jest taka, że mam swoje życie tylko jedno,
i jest ono tylko moje, a decyzje, które podejmuję, muszą być tylko moje, bo
sama będę za nie odpowiadać i zbierać konsekwencje.
Przekraczając barierę wątkową…
Trzeba być innym. (Wybaczcie tendencyjność w moich
wypowiedziach, które będą się wielokrotnie powtarzały.) Świata nie zmienię. Nie
podoba mi się świat. Świat brnie w kierunku bezrozumnych, zmanipulowanych mas
czerpiących przyjemność z tej samej głupoty biernie odbieranej i
nieprzetwarzanej, nie dającej wymiernych korzyści, a już na pewno nie
ujawniających żadnych wartości. W tym całym wyobcowaniu poruszam się jak na
palcach, bo z jednej strony czuję się wciągnięta i uczestniczę w całym procederze
oszałamiania mas, z drugiej zniesmaczona i niezainteresowana powszechnymi
środkami, których koncentracja w mediach, tv, na ulicach, w tramwaju, klubie,
galeriach handlowych (…) dominuje w życiu przeciętnego człowieka. A może to
właśnie ja jestem tym odmieńcem nieprzystosowanym do interakcji z resztą
społeczeństwa. Ale mam kilka podstawowych zasad. Tych swoich, wypróbowanych od
kilkunastu-kilkudziesięciu lat, których nigdy nie zmienię i którymi będę się
zawsze posiłkować, na które kierować uwagę, przeznaczać czas, dążyć, by to one
miały wpływ na mnie samą. Będę je bronić. Wyglądając z tym dziwnie, może często
czując się w tym wszystkim sama, a to poczucie samotności zawsze w jakiś sposób
dotyka nieprzyjemnie, nie chcąc używać słowa boli, duszy. Może to właśnie przez
to, że urodziłam się na przełomie kultur, tej po rewolucji, wolnej,
przepełnionej naturą, rozmową w cztery oczy, ruchem na świeżym powietrzu,
domowymi obiadami z resztą rodziny, dwutygodniowymi wczasami z rodzicami i
rodzeństwem w przyczepie, spacerami do
lasu na jagody i grzyby, śmiechem, poczuciem przynależności do drugiego
człowieka-tak żywym i tak cielesnym, bo „na żywo”-tu i teraz, głośnym,
wyczuwalnym przez wszystkie pięć zmysłów. Smakowitym, przytulonym, surowym,
trwającym PRAWDZIWIE. Tak! Tęsknie za tym i tęsknię każdą częścią mojego bytu, bo
mogę porównać WTEDY i TERAZ. Wiecznie głodni informacji, zajęci bezsensownymi marnującymi
czas i uwagę umysłu zajęciami, zagonieni, samotni, bo nie wśród ludzi, lecz
ukryci jak w złotej klatce, każdy sobie, każdy o sobie, każdy do siebie, do
laptopa, do aparatu telefonicznego… Zamknięci, bogaci jesteśmy tylko w to, co
wyższe piętra serwują nam na duchowe śniadanie/obiad/kolację. No, i może
deserek. Tak samo paranoiczny i nie-rzeczywisty, ale co ważne- prosty, lekki i
przyjemny, bo nie lubiący analizowania i wyciągania wniosków indywidualnie.
Każdy taki sam. Każda myśl taka sama. Codziennie to samo. Od rana, do wieczora,
od poniedziałku do piątku, od stycznia do grudnia i tak upływają lata, potem
pobudka w wieku lat X, gdy okazuje się, że gdzieś nam ta nauka dojrzałości
umknęła, marnie zastąpiona przez płynność bezmyślności pochłaniającą masy.
Nie można wyrzec się myślenia. I największym błędem życia
jest robić coś, co dyktowane jest przez prąd komercyjnej myśli. Życie jest krótkie,
kruche i tylko jedno. A Twój, i mój, mózg nie służy tylko odbiorowi, ale też
nadawaniu. Nie ufaj im, zaufaj sobie, i znajduj wyjście tam, gdzie jest ciężko,
gdzie wkracza mało kto, gdzie nie ma huku i „lajków” ani wiecznych pochwał
kolegów. Satysfakcja biegnie z wnętrza, wnętrze kształtujesz sobie TY. Tak samo
jak swoje życie.
A ja kocham życie.