Jeśli jeszcze raz Ktoś Mądry spróbuje westchnąć do Ducha Św, czytaj subtelnym sarkastycznym tonem wmówić mi, że praca, którą wykonuję na co dzień nalezy do tych łatwych, prostych, niekłopotliwych i cudownie odseparowanych od brutalnych problemów codzienności, obiecuję, wezmę siekierę i obetnę jaja. Tudzież jajniki. Zjem sobie na deser móżdżek. A z osłonek jelit zrobię kiełbasę. Do chu.. pana wpierd..lać się w cudze znoje to tupet, oznaka własnego niezadowolenia, i słabości, i tchórzostwa.
Osobiście niczego nie żałuję. Tak, uwielbiam sobie pokląć, pomarzyć o wódce i fajce słodkiej jak chwilowe jebnięcie tym stanem zmęczenia, aby za chwilę mimo wszystko wrócić do swego. Mego. Wybranego.
Ludzie tyle się znają, co im pokręci i rozkręci synapsy w głowie. Dlatego ostatni raz denerwuję się, staram, odpowiadam i za cokolwiek szukam w siebie winy. Obiecuję. Jestem zbyt dobra, zbyt uczciwa i zbyt przekonana, że co mnie spotyka-to wynik moich wyborów, za które nie można obarczać innych. Polecam szczerze nauczyć się tego innym, amen.
I obiecuję już nigdy nie odmawiać sobie dobrego ciasta. Dietę to się ma jak się robi po 12 godzin na dobę. A resztę życia należy oddać rozpuście.
Kocham Cię Życię!
środa, 16 listopada 2016
czwartek, 3 listopada 2016
xxx
Łał. Szczęście nie jest ulotne. Nie jest powierzchowne. Jest łagodne w swej rozbrajającej energii i głębokie w tej cichości przeżywania. Jeśli każdy może traktować swoje szczęście w inny sposób, to moje jest konkretne, docelowe, lecznicze, wycelowane w środek. Poznane i wiadome jak złoty środek, jak składnik numer jeden, jak życie, z tchem zaczerpniętym pełną piersią. Wyciskam sobie sok z własnego istnienia i śmieję się do lustra nosząc najbardziej kiczowate okulary świata. Z łatwością, lekko, witam-siebie, i Ciebie. :-) gdy doświadczam Cię- wygrywam, w walce słabości, żmudnej bezsilnej pracy, potykania się o własne stopy, wyczerpania i niechęci. Dzięki, Boże. Amen.
sobota, 15 października 2016
wytęż wzrok.
Przechodzenie przez trudności i zamykanie za sobą pewnych etapów w swoim życiu ma to do siebie, że uszlachetnia i przeobraża dotychczasowe przywileje, ale i pomaga dostrzec kolejne cele. W takim pogorzelisku doświadczeń przekopuje się niektóre uczucia i emocje i .. nie chodzi o to, by oszukiwać ideały przeszłości, a tym bardziej- krzywdzić drugiego człowieka, ... życie staje się wędrówką przez kolejne mosty, i dopóki nie przejdziesz przez jedną kładkę- nie zaobserwujesz widoku jaki wychyla się zza tej drugiej strony.
Jestem półgłówkiem, wielkim tchórzem, naiwną istotą skłonną do wielkich abstrakcyjnych marzeń, jestem. Mam sobie do zarzucenia mnóstwo rzeczy. Ale na pewno nie to, że mi się nie chce. Chce mi się i uważam, że ten zaprogramowany u mnie system działania, poganiacz szturmujący od wnętrza moje myśli, jest cudownym narzędziem od Tego, który wciąż, gdzieś w górze, mimo moich okropnych nieobecności i odmowy do współpracy- "dziwnym" sposobem wciąż mnie wspiera.
Czuję już, że z kolejnych lat wycisnąć trzeba konkretne cele. Wystarczy tej kruchości mojego siedliska, pora uwić sobie gniazdko i zrobić to tak, by codzienna praca była kooperatywna z planami budowy cudownego dachu nad głową. Moja rezydentura na tym padole trwa już trochę, a z chwilą rozpoczęcia intensywnej pracy należy wyciskać dla swych czterech kątów te siły i wzmacniać je zaobserwowanymi owocami.
Trudno. Jak widać marzeniami żyć się nie da, ale da się ograniczyć te sny na tyle, by wciąż być zadowolonym i na takim poziomie na jakim się da-wyławiać kolejne rybki z tego wciąż pełnego oceanu możliwości.
Jestem półgłówkiem, wielkim tchórzem, naiwną istotą skłonną do wielkich abstrakcyjnych marzeń, jestem. Mam sobie do zarzucenia mnóstwo rzeczy. Ale na pewno nie to, że mi się nie chce. Chce mi się i uważam, że ten zaprogramowany u mnie system działania, poganiacz szturmujący od wnętrza moje myśli, jest cudownym narzędziem od Tego, który wciąż, gdzieś w górze, mimo moich okropnych nieobecności i odmowy do współpracy- "dziwnym" sposobem wciąż mnie wspiera.
Czuję już, że z kolejnych lat wycisnąć trzeba konkretne cele. Wystarczy tej kruchości mojego siedliska, pora uwić sobie gniazdko i zrobić to tak, by codzienna praca była kooperatywna z planami budowy cudownego dachu nad głową. Moja rezydentura na tym padole trwa już trochę, a z chwilą rozpoczęcia intensywnej pracy należy wyciskać dla swych czterech kątów te siły i wzmacniać je zaobserwowanymi owocami.
Trudno. Jak widać marzeniami żyć się nie da, ale da się ograniczyć te sny na tyle, by wciąż być zadowolonym i na takim poziomie na jakim się da-wyławiać kolejne rybki z tego wciąż pełnego oceanu możliwości.
poniedziałek, 19 września 2016
Nie rozumiesz?..
Zupełnie malutko nas jest. Przy sobie, jesteś jak wycieczka. Jak podmuch wiatru, który zaraz zmieni kierunek. Tak wyczekany i tak przemijający. Wystraszyłeś wszystkie moje plany na resztę obrotów ziemi, zjawiłeś się jak ten wulkan, który buchnął niczym przeraźliwy krzyk małego dziecka, znikąd. Zatrzymałeś mnie w tym urywku sekundy, która powinna trwać wiecznie. Jakże ciepło, które zostawiłeś mi na policzku, szybko wysycha... Niczym śnieg udeptywany ciepłymi stopami. Rany, pamiętasz? Zimę? Wiosnę? Lato... Te tak wyczekiwane momenty są już daleko za percepcją pamięci. Wylatujesz mi z tej klatki wspomnień. Zatracasz się w worku swojego życia. A ja nadal zerkam zbłąkanym wzrokiem po tym wszystkim, co było. Było. Było tak. Skojarzyłam Cię z rzeką górską. Rześką i prującą w nieznane. Zbyt szybko, by ją uzbierać, wyciągnąć; za szybką, by w nią wskoczyć i dogonić tempo. Jak Cię mogę polubić? Jak zmieścić Cię w mej głowie? Nie rozumiesz...?
środa, 14 września 2016
zmiany zacząć od siebie
Myślę, że dramat przeistaczania się dotyczący mierzenia sił w nowych sytuacjach z nowymi ludźmi daje nam jedyny kierunek konstruktywnego myślenia o samym sobie. Bo dochodzimy do wniosku, ze my, tak samo jak i oni, przechodzimy tą samą ścieżką, może w innym wykonaniu, ale w podobny sposób. Przenosząc to wszystko w realia codzienności, sama uświadomiłam sobie, że traktowanie drugiego człowieka trzeba zacząć od siebie. Granice, które wytaczasz: granice potrzeb, cierpliwości, sił, energii, czasu prywatnego, są granicami, o które należy walczyć i nie pozwalać, a może inaczej- bronić swojego JA, takiego samego, jak TY, bo indywidualnego, z prawdziwą wolnością, której nie można przekraczać. Im bardziej ograniczam swą powierzchnię wolności, (a w moim wykonaniu idzie to perfekcyjnie, bo zawsze tkwię w poczuciu, iż należy oddawać siebie, swój uśmiech, swoją cierpliwość, swoje siły drugiemu człowiekowi, słowem-podporządkowywać się- co potem odbija się na moim własnym wewnętrznym poczuciu niedopełnienia...), tym gorzej na tym wychodzę. A sama siebie krzywdzę. Uzmysławiając sobie, że z kolei nie zrobiłabym nikomu nic złego, gdybym czysto i otwarcie broniła swych granic i głośno i wyraźnie odmawiała, nie dostosowując się wiecznie do innych. Kiedy ja to wreszcie wcielę w życie? Ćwierćwiecze za pasem, a ja wciąż tkwię w tych chorych poczuciach wiecznej ofiary drugiej osobie, która właściwie nawet nie wie, że wewnętrznie sprzeczam się sama ze sobą, gdyż wyciąga to ze mnie całą niewidzialną przestrzeń swobody działania.
niedziela, 8 maja 2016
ani mi się chce!
W cudownie funkcjonującym świecie damskiego zaspokojenia musi istnieć trójka partnerów. Po pierwsze- Łóżko. Z Panem Poduszką. Do zaspokojania potrzeby dajcie-mi-wszyscy-święty-spokój. Który zrozumie i nie będzie narzekał, gdy po 12 godzinach wciąż będę chciała miętosić jego zawartość. Nie będzie marudził, że bez demakijażu, we wczorajszych ciuchach, nie nakrzyczy o okruszki. Pan Łóżek jest niezastąpiony. Kocha mnie tak samo mocno, gdy jestem z nim sama, jak i dzielę się jego objęciami z kimś innym. Po drugie Partner Zawodowy. W moim przypadku Pani. Pani Krowa w liczbie mnogiej, której związek namacalny jest zintensyfikowany przy okazji rektalnych stosunków. Przyjemność z tego płynąca daje satysfakcję trudną do opisania, ale prawdopodobnie tak głęboką, jak długość mojej ręki macającej narząd rodny. Mam nadzieję, że wkrótce dane nam będzie przejść do kolejnej fazy zbliżenia uwzględniającej skuteczne pokrycie. (Nadmienię tylko, że wszyscy lekarze weterynarii są grubo porąbani. Nawet, a może zwłaszcza ci, którzy się do tego nie przyznają. A jak nie są, znaczy, że na lewych papierach.) Po trzecie, moje auto. Miejsce błogostanu, zarówno z samego rana, jak też pod wieczór, w poniedziałki czy piątki, moje auto to moje błogosławieństwo, z trzema miejscami na kubki i termosy, z moją radiową trójką tudzież czeskim radiem orion, z cudownie pachnącym płynem do spryskiwaczy, który pobudza bardziej niż kofeina, z zestawem słuchawkowym, gps-em doprowadzającym do wszystkich północnych i południowych, wschodnich i zachodnich granic moich wyjazdów, który nie panikuje nawet, gdy przekraczam prędność, przy której moja babcia już dawno wydziedziczyłaby mnie. Amen. W totoloto jeszcze nie wygrałam, ale wciąż mam ochotę kupić sobie Kozę Lukrecję, która, oznajmiam wszem i wobec, będzie mym czwartym niezastąpionym skarbem. I bullterier Lukier. Niech żyją organizmy wyższe.
czwartek, 28 stycznia 2016
naBÓGmuszone
Kiedy ktoś zaczyna wątpić w czyjeś dobre intencje, wszystko
zaczyna się chwiać. Nie ważne czy chodzi o Boga, o przyjaciela czy mężczyznę,
zmienia to nastawienie, przebudowuje relację, osłabia zapał, a co
najistotniejsze, czyni z nas wpatrzonymi w swoje potrzeby egoistów.
Czasem trudno jest mi dostrzec granicę między rozsądkiem i
troską o własne dobro a właściwym dla nas, ludzi, ofierze. Nie wiem ile w tym
momencie niosę na plecach cudzych zmartwień, i nie zastanawiam się, co by było,
gdyby cofnąć się do początku i zmienić tok wydarzeń tak, by je zawczasu
stłamsić. Swoją drogą, wydaje mi się całkiem prawdopodobne, że w ostateczności
to i tak ja zyskałam. A przy okazji zyskali inni. Dzięki tym moim już nieco
osłabionym i pokaleczonym plecom.
Ktoś mądrze powiedział, że nie warto czynić rewolucji,
ewolucyjne zmiany dzięki swej elastyczności i dostosowaniu się do warunków są
lepsze. W takiej swojej własnej ewolucji chyba i ja biorę udział. Mimo mojej
częściowej ułomności jaką jest mała zaradność i niezdecydowanie, pcham swój wózek
w przód popychając przy okazji wózki bliskich.
Wracając do Boga. W aspekcie utraty wiary tracimy najwięcej.
Bo źródło tego wszystkiego, w co wierzymy, mieszka w nas. Im mniej powierzam
Najwyższemu, tym słabiej polegam na samej sobie. Im więcej oddaję i ufam, że On
się tym zatroszczy, tym łatwiej jest mi przezwyciężać wszystkie trudy. Prawdopodobnie
wiele osób albo nie widzi w tym nic logicznego, albo twierdzi, że ten sposób
myślenia można uprościć i zamiast nazywać Boga Bogiem- poradzić sobie bez całej
podkładki wiary. Może, ja nie próbowałam i nie potrzebuję próbować.
A poza tym, jest mi ostatnio ciężko. Bo choroba, bo koniec
studiów, bo szukam wciąż stażu, bo mam swoje potrzeby, bo nie do końca podoba
mi się wszystko, co na mnie czeka po, bo czuję się niestabilnie, bo Jego
problemy, bo jeszcze więcej Jego problemów, bo przyszłość niepewna.
Ale. Słońce świeci, jestem na ostatku zajęć, jestem wolna,
mam farbę do włosów, którą zamierzam dziś użyć z pomocą wykwalifikowanej, ukochanej
Pani Od-Wszystkiego, są przyjaciele, są rodzice i wiem, że gdzieś tam na mnie czeka
już moja upragniona Koza Lukrecja.
Subskrybuj:
Posty (Atom)