Jaki tam seks?! Miłość! Jaki akt cielesny? Oddanie!
Wykraczanie poza charakter istoty tworzenia, podtrzymywania nas na tym świecie,
emocji i odczuć nie porównywalnych z niczym, cząsteczki raju, które
otrzymaliśmy jak okruszek nieba-… i wymieniać i opisywać to cudo i tak będzie
nic nie warte. Za to z pewnością skrytykować można powszechny nacisk na tą
sferę życia komentujący ją w sposób negatywny, niski, rozrywkowy, paraliżujący
godność człowieka. Mam ostatnio dość ludzi. Bo to ludzie bulwersują. Bo to
ludzie zezwierzęcili się i w mechaniczny sposób potrafią wykorzystać i
doszczętnie zrujnować innym obraz miłości. Bo to, co ukazuje i co opisuje masa
pustych głów z wtłoczonym wysokim mniemaniem o sobie i żałośnie pouczająca/nauczająca
resztę „niekompetentnej” społeczności, może sobie w tyłek wsadzić. Swój zapewne
wielce doświadczony tyłeczek po przejściach, niejednych, regularnie
wyćwiczonych, a który tak naprawdę przydałoby się skopać nieco, bo może
dojdzie jeszcze jakiś impuls porozumiewawczy do mózgu. A może nie.
Prawdopodobnie im przemówić do rozsądku nie zdołam, zresztą, nie jestem od
prostowania innych ludzi. Wolę prostować sama siebie. Przeszkadza mi jednak
wpływ, który wywiera masówka, cała rzesza niechlubnych komentarzy psujących i
przeszkadzających w naturalnym poznawaniu, cieszeniu się, odkrywaniu i
ROZUMIENIU tego czym jest miłość. Do cholery jasnej, może swoje własne umysły
macie już doszczętnie wyorane pustymi odruchami, ale to WY stworzyliście je
sobie takimi, nie natura. Czytelniku, nikt w pocie czoła nie będzie Ci nakreślał
dobrej sylwetki tego, co powinno łączyć, co powinno tworzyć współodczuwanie, co
jest istotne w akcie łączenia i ofiarowania, prawdopodobnie nie, ponieważ zazwyczaj
dzióbek nie zamyka się tym, którzy powinni mieć najmniej do powiedzenia. Ważne,
i zawsze będę się tego trzymać, by mieć czystą kartę, by być jak nienasiąknięta
gąbka wszelkim chłamem i zgnilizną tego świata, by spokojnie móc dawać i brać z
życia tyle dobrego, ile potrzeba, ile się uniesie, ile się uda wspólnymi siłami
i chęciami doświadczać.
Cudownie jest się wybrać do teatru i pocieszyć chwilą wypełnioną
mądrymi spostrzeżeniami. Przykro, że wokół tak ciekawej sztuki może rozwinąć
się tak absurdalna i niewytłumaczona kłótnia. Czy kogoś to gryzie, że jesteśmy ludźmi?
Czy ktoś się wstydzi swojego ciała? A może po kilkudziesięciu latach życia
nagle doszedł do wniosku, że urodziliśmy się jakościowo doskonali? Coraz
częściej wydaje mi się, że to ludzie stwarzają sobie problemy. Że próbują
innych przekonać do swoich „głębokich” poruszeń, wzdychania och i ach i
boleścią nad „szokującymi” scenami. No cóż, mnie osobiście nie szokują. Nie
wzdycham, wzruszać też mnie to nie musi, bo od tego są intymne sytuacje. Chyba,
że ktoś ich nie posiada, a cały świat piętnuje za to, iż ośmielił się
publicznie ukazać sfery, które tak-to prawda, należą do naszych prywatnych, ale
są też częścią życia społeczeństwa, problemów dotykających większości z nas,
wynikają z czegoś i właśnie w takich momentach znajdują ujście. Nie, to udawanie
jest chore. Patologiczne. I ostatecznie to z niego wynika zło.
Więc może po prostu nie trzeba czytać mądralińskich znawców? Ani ślepo podążać na wojnę z obrazem skandalu?
Zakochaj się. Odnajdź się w tym sam(a). I wystarczy.
Zakochaj się. Odnajdź się w tym sam(a). I wystarczy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz