poniedziałek, 19 września 2016

Nie rozumiesz?..

Zupełnie malutko nas jest. Przy sobie, jesteś jak wycieczka. Jak podmuch wiatru, który zaraz zmieni kierunek. Tak wyczekany i tak przemijający. Wystraszyłeś wszystkie moje plany na resztę obrotów ziemi, zjawiłeś się jak ten wulkan, który buchnął niczym przeraźliwy krzyk małego dziecka, znikąd. Zatrzymałeś mnie w tym urywku sekundy, która powinna trwać wiecznie. Jakże ciepło, które zostawiłeś mi na policzku, szybko wysycha... Niczym śnieg udeptywany ciepłymi stopami. Rany, pamiętasz? Zimę? Wiosnę? Lato... Te tak wyczekiwane momenty są już daleko za percepcją pamięci. Wylatujesz mi z tej klatki wspomnień. Zatracasz się w worku swojego życia. A ja nadal zerkam zbłąkanym wzrokiem po tym wszystkim, co było. Było. Było tak. Skojarzyłam Cię z rzeką górską. Rześką i prującą w nieznane. Zbyt szybko, by ją uzbierać, wyciągnąć; za szybką, by w nią wskoczyć i dogonić tempo. Jak Cię mogę polubić? Jak zmieścić Cię w mej głowie? Nie rozumiesz...?

środa, 14 września 2016

zmiany zacząć od siebie

Myślę, że dramat przeistaczania się dotyczący mierzenia sił w nowych sytuacjach z nowymi ludźmi daje nam jedyny kierunek konstruktywnego myślenia o samym sobie. Bo dochodzimy do wniosku, ze my, tak samo jak i oni, przechodzimy tą samą ścieżką, może w innym wykonaniu, ale w podobny sposób. Przenosząc to wszystko w realia codzienności, sama uświadomiłam sobie, że traktowanie drugiego człowieka trzeba zacząć od siebie. Granice, które wytaczasz: granice potrzeb, cierpliwości, sił, energii, czasu prywatnego, są granicami, o które należy walczyć i nie pozwalać, a może inaczej- bronić swojego JA, takiego samego, jak TY, bo indywidualnego, z prawdziwą wolnością, której nie można przekraczać. Im bardziej ograniczam swą powierzchnię wolności, (a w moim wykonaniu idzie to perfekcyjnie, bo zawsze tkwię w poczuciu, iż należy oddawać siebie, swój uśmiech, swoją cierpliwość, swoje siły drugiemu człowiekowi, słowem-podporządkowywać się- co potem odbija się na moim własnym wewnętrznym poczuciu niedopełnienia...), tym gorzej na tym wychodzę. A sama siebie krzywdzę. Uzmysławiając sobie, że z kolei nie zrobiłabym nikomu nic złego, gdybym czysto i otwarcie broniła swych granic i głośno i wyraźnie odmawiała, nie dostosowując się wiecznie do innych. Kiedy ja to wreszcie wcielę w życie? Ćwierćwiecze za pasem, a ja wciąż tkwię w tych chorych poczuciach wiecznej ofiary drugiej osobie, która właściwie nawet nie wie, że wewnętrznie sprzeczam się sama ze sobą, gdyż wyciąga to ze mnie całą niewidzialną przestrzeń swobody działania.