Przechodzenie przez trudności i zamykanie za sobą pewnych etapów w swoim życiu ma to do siebie, że uszlachetnia i przeobraża dotychczasowe przywileje, ale i pomaga dostrzec kolejne cele. W takim pogorzelisku doświadczeń przekopuje się niektóre uczucia i emocje i .. nie chodzi o to, by oszukiwać ideały przeszłości, a tym bardziej- krzywdzić drugiego człowieka, ... życie staje się wędrówką przez kolejne mosty, i dopóki nie przejdziesz przez jedną kładkę- nie zaobserwujesz widoku jaki wychyla się zza tej drugiej strony.
Jestem półgłówkiem, wielkim tchórzem, naiwną istotą skłonną do wielkich abstrakcyjnych marzeń, jestem. Mam sobie do zarzucenia mnóstwo rzeczy. Ale na pewno nie to, że mi się nie chce. Chce mi się i uważam, że ten zaprogramowany u mnie system działania, poganiacz szturmujący od wnętrza moje myśli, jest cudownym narzędziem od Tego, który wciąż, gdzieś w górze, mimo moich okropnych nieobecności i odmowy do współpracy- "dziwnym" sposobem wciąż mnie wspiera.
Czuję już, że z kolejnych lat wycisnąć trzeba konkretne cele. Wystarczy tej kruchości mojego siedliska, pora uwić sobie gniazdko i zrobić to tak, by codzienna praca była kooperatywna z planami budowy cudownego dachu nad głową. Moja rezydentura na tym padole trwa już trochę, a z chwilą rozpoczęcia intensywnej pracy należy wyciskać dla swych czterech kątów te siły i wzmacniać je zaobserwowanymi owocami.
Trudno. Jak widać marzeniami żyć się nie da, ale da się ograniczyć te sny na tyle, by wciąż być zadowolonym i na takim poziomie na jakim się da-wyławiać kolejne rybki z tego wciąż pełnego oceanu możliwości.